|
przekład: Katarzyna Skawina
Pięć kobiet i młody mężczyzna, który wrócił. Wrócił z wojen i stoczonych bitew do domu, wyczerpany długą wędrówką, wyczerpany życiem, wrócił do punktu wyjścia, żeby umrzeć. One czekały całe lata, nie wierząc, że jeszcze ujrzą go żywym, czekały zrozpaczone brakiem jakichkolewiek wiadomości od niego lub o nim, brakiem jakiegokolwiek listu, znaku życia, który kazałby im czekać lub zrezygnować z czekania. Czy doczekają się bodaj jednego słowa, życia, o którym marzyły tyle lat, czy doczekają się prawdy? Walczą raz jeszcze, ostatni raz, wydzierając sobie szczątki miłości i czułość, której pragną na własność. Chcą wiedzieć.
SYNOPSIS SZTUKI*
Siedziałam w domu i czekałam aż spadnie deszcz. Stałam w otwartych drzwiach domu nad doliną i patrząc w niebo czekałam aż spadnie deszcz i dzień się nareszcie skończy. Patrzyłam na drogę myśląc o latach, które tutaj przeżyłyśmy, o tych latach, które straciłyśmy nie ruszając się z domu, i o czasie, który mogłabym spędzić daleko stąd, w innym życiu, nie czekając, wychodząc poza siebie. * Tekst autorstwa Lagarce'a powstał przed napisaniem samej sztuki na zamówienie Theatre Ouvert. (...) Pięć kobiet w domu, pod koniec lata, od zmierzchu do świtu, który przywróci chłód, przepędzając noc i jej demony. Pięć kobiet i jeden młody mężczyzna, który wrócił ze swoich wojen, swoich bitew i zmagań, który wrócił do domu wyczerpany długą wędrówką, wyczerpany życiem wrócił do punktu wyjścia, żeby umrzeć. Leży w swoim pokoju, w którym mieszkał jako dziecko i jako dorastający młodzieniec, zanim odszedł.Wrócił tu, do swojego pokoju, żeby odpocząć po długiej wędrówce i być może umrzeć. A one krzątają się wokół łoża i leżącego w nim mężczyzny, chroniąc go i uspokajając same siebie. Pielęgnując go, nasłuchują jego oddechu i chodząc wokół na palcach opowiadają szeptem swoje życie czy raczej brak jakiegokolwiek życia odkąd je opuścił, a także jego życie, jego długą wędrówkę przez świat, jego bezsensowną ucieczkę bez powodu, bez celu. Powolna pawana kobiet wokół łoża młodego, uśpionego mężczyzny. Posępny i milczący balet dziewcząt, które znienacka wybuchają długo tłumionym żalem i nienawiścią. Szepty i krzyki, wyrównywanie rachunków i ostatnie zmagania przed ostatecznym, rozpaczliwym wyciszeniem. Ostatnia walka o szczątki miłości, o czułość, której pragną na własność, o to, żeby wiedzieć. Czekały na niego długie lata, czekały bez końca, pomału tracąc wiarę, że kiedykolwiek jeszcze ujrzą go żywym. Nie miały żadnych wieści, żadnego listu czy kartki pocztowej, niczego, co by kazało im czekać lub zrezygnować z czekania. Czy wreszcie doczekają się bodaj jednego słowa, czy doczekają się prawdy czy też będzie spał wiecznie i cicho zgaśnie nie wymówiwszy ani słowa, zostawiając je ich szaleństwu? (...) Pierwsza kobieta, druga kobieta, trzecia kobieta, czwarta i piąta, a wszystkie podobne, wszystkie mniej więcej w tym samym wieku, tak samo ubrane, w identycznych chustach na głowie osłaniających twarz bladą jak ściana, jak światło nadchodzącego zmierzchu. Służące lub mniszki. I pielęgniarki, jakie pojawiają się w snach; ciche kobiety poruszające się bezszelestnie, myjące i ubierające umarłych. Siostry młodszego brata, wiecznego wędrowca, który odszedł z domu z potrzeby lub konieczności jeśli mężczyzna nie opuści domu przed trzydziestką, nigdy go już nie opuści a być może uciekł od świata, w którym nic się nie dzieje, lub wypędzony przez okropnego ojca błąka się z dala od swoich kobiet czekając z powrotem na jego śmierć, albo po prostu, odrzucając życie jakie miało być jego udziałem, odrzucając rodzinę i nienawidząc otaczających go kobiet bardziej niż chciałyby przyznać, bardziej niż mogłyby to sobie wyobrazić. Siostry i małżonki, matki czy kochanki, które się zapomina i te, których nie chce się więcej widzieć i których potrzeb nie chce się zrozumieć, a które czekają, bo obiecały czekać, więc robią to, poza wszelkim rozsądkiem, marnując swoje życie, swoje biedne, niepotrzebne życie. Nie robią nic innego, tylko czekają na próżno obserwując dolinę i drogę, która prowadzi w dolinę i gubi się pomału tam, na skraju lasu. Głupie i Szalone, wieczne narzeczone w odświętnych sukienkach, przywiędłe, zmęczone życiem małżonki, które myślą, że Czas może się zatrzymać i że można odnależć to samo życie i tę samą miłość co kiedyś. Nie posiadają imienia, są wszystkie takie same, ot, Dziewczęta, do których nikt nigdy nie zwraca się po imieniu i które do siebie także nie mówią po imieniu. Najstarsza lub Najmłodsza, Starsza, Gruba, Chuda, Ta z Długimi Włosami, Ta Smutna, Ta Łagodna, Ta Śmieszka albo Ta, która Zawsze się Śmieje. I młody mężczyzna, który śpi w swoim żelaznym, dziecinnym łóżku i którego głosu nie znamy. Kiedy go myją, podnoszą, ubierają i rozbierają nie odzywa się słowem, martwy lub pogrążony we śnie, z którego nie chce się obudzić. Po prostu Młody Mężczyzna, bez imienia, bo i jemu nie jest ono potrzebne. Syn, Brat, Wnuk, jak kto chce, to bez znaczenia. To kruche ciało, którym mogą nareszcie się zająć jest czymś, co do nich należy. Młody Panicz, nasz Panicz, jak go nazywa służąca i niewolnica; panicz, jak nazywa się jeszcze niekiedy młodych dziedziców płci męskiej. Mogą także posiadać imiona-symbole jak Beatrycze czy Laura wykonujące układy choreograficzne i milczący taniec w rodzinnym domu. Albo Elektra, Ifigenia, Klitajmestra czy Niewolnica-Trojanka. I młody Orestes. W pewnym momencie. Albo jeszcze Olga, Masza, Irina i Natalia Iwanowna, ta, której nikt nie kocha, i stara Anfissa wyczerpana ciężką pracą. Wszystkie obserwują dolinę, przez którą wiedzie droga do Moskwy i wydzierają sobie pożałowania godną ruinę brata w za dużym ubraniu. To także w pewnym momencie... I angielskie siostry Bronte rzucające w siebie powieściami w znerwicowanej atmosferze domu na wydmach, i szalony brat podupadający na ciele i duszy, złamany zbyt wielkim ciężarem, który przyszło mu dźwigać. Idealny brat, śpiący w pokoiku na mansardzie, pod dachem domu nad doliną... a więc znowu to samo (...) I Matka. Jak zawsze Matka, ta starsza - wieczna służąca. I Dwie Starsze Siostry, przy czym nie wiadomo, która z nich jest najstarsza, dwie Starsze, nieustannie kłócące się między sobą, wydzierające sobie nawzajem wspomnienia, kradnące sobie miłość, która odeszła, odtwarzające historię, odtwarzające Świat. Wydzierające sobie cielesną powłokę i śmiertelne szczątki, licytujące się bólem i rozpaczą, walczące o jedno jedyne słowo i rzucające się sobie w ramiona, gdy ogarnie je strach. Małżonka i Ukochana, nierozłączne niczym bliźniaczki. I najmłodsza siostra, mała albo garbata, Brzydactwo, co do której nie wiadomo, czy jest niedorozwinięta czy bezbrzeżnie smutna, wiecznie zagubiona, która kręcąc się w kółko śpiewa wiecznie tę samą, idiotyczną kołysankę, tańcząc przy tym niezgrabnie i nierytmicznie, sama się obejmując. Ta, która przeraźliwie krzyczy, kiedy pozostałe się biją. Wchodzi na krzesło i krzyczy jak zwierzę podsycając kłótnię i zagrzewając do walki. Ta, którą się bije po twarzy kiedy dostaje ataku śmiechu. Nie wiadomo, co myśli, czego chce, na co czeka i co powie młodemu mężczyźnie, gdy będzie mogła z nim porozmawiać zanim umrze, zanim znowu odejdzie. Żyje własnym życiem. Żyje i myśli. (...) Rozpamiętują. To niczym pieśń złożona z długich deklaracji składanych sobie nawzajem, z sekretu ich życia, z cierpliwie budowanej własnej legendy.Odgrywają ją dla samych siebie. Długie skargi i wybuchy złości. I krótkie scenki, ledwo zaznaczone, złożone z dwóch czy trzech słów, jak kreska lekko zarysowana piórkiem, jak jedna lub dwie nuty.
|