„Dobra książka wciąga od pierwszej strony. Sprawia, że śmiejesz się i płaczesz. I nic na świecie nie może cię od niej oderwać” – mówi Ulfowi ojciec (Mój przyjaciel szejk w Stureby). Książek Ulfa Starka nie sposób tak po prostu odłożyć na półkę i o nich zapomnieć, bo historie, które opisuje, wskakują do głowy w trakcie codziennych czynności. Gdy widzę dzieci puszczające latawce w parku, przypominam sobie Bertila, który dostał latawiec od przyszywanego dziadka, a potem wyprawił staruszkowi niezapomniane przyjęcie urodzinowe (Czy umiesz gwizdać, Joanno?). Latawiec, czereśnie, kawa i ciasteczka, magazyny z gołymi babami, łowienie ryb, klucz w sedesie… Stark po mistrzowsku opisuje właśnie takie pospolite drobiazgi, które tworzą codzienność jego bohaterów, na przemian radosną i przygnębiającą, ale zawsze stabilną, bo opartą o miłość.
Cytuję tutaj fragment pięknej, wnikliwej i zachwycającej recenzji autorstwa Magdaleny Cedro; ukazała się ona na łamach Kultury Liberalnej i zainteresowanych Ulfem Starkiem zachęcam do przeczytania całości (kb).