Siłą napędową sztuki jest kontrastowy dobór bohaterów. Leon i Jola to całkowite przeciwieństwo swoich przyjaciół, podstarzałego playboya Martina i „kuguarzycy” Katii, którzy nieustannie prześcigają się w łóżkowych podbojach. Małżeństwo w średnim wieku świętuje kauczukowe – bo „ciągnące się jak guma” – gody. Jola i Leon najbardziej lubują się w wycieraniu kanap w porozciąganych dresach, rozmowach o przeciekającym suficie i obdarowywaniu się średnio romantycznymi prezentami, choćby trymerem do włosów w nosie. A seks? Może i kiedyś się zdarzał… ale to było dawno i nieprawda. Robią to w uroczy i zabawny sposób.
Ale ta sytuacja martwi Martina oraz Katię, którzy upatrują w zachowaniu Leona i Joli znamion niechybnego rozstania. Każde z osobna postanawia namówić przyjaciół na ożywczy skok w bok. W sąsiednich pokojach hotelowych spotykają się Jola i Laszlo, przystojny instruktor tenisa prosto z Węgier – oraz Leon i atrakcyjna fryzjerka („head developerka”) Sandy. Małżonkowie zupełnie nie mają ochoty na harce, zgodzili się na rendez-vous tylko dla przyjaciół. Podobnie Laszlo i Sandy, którzy wcale nie są demonami seksu, poszukują po prostu wymarzonych drugich połówek. Czy to znaczy, że cały misterny plan spalił na panewce? Niekoniecznie… Po roku okazuje się, że Martin i Katia są w związku, zamienili życie podrywaczy na święty „małżeński” spokój i wspólne przesiadywanie przed telewizorem. Z kolei Laszlo i Sandy zakochali się w sobie, a nawet spodziewają się dziecka. A Jola i Leon… cóż, z zapałem testują nowe pozycje kamasutry i w zasadzie nie opuszczają sypialni. Ufff !!!!
Atutami farsy duetu Albaum i Jacobs są wyraziste postaci zbudowane na zasadzie kontrastu, dużo zabawnych dialogów i ripost. Autorzy ustawiają lustro, w którym może się przejrzeć niejedna para małżeńska z trochę dłuższym stażem. I upewnić się, że bliscy sobie ludzie sami wiedzą najlepiej, czego im potrzeba.
Rozgrzana andaluzyjskim słońcem, rozkołysana hiszpańskimi melodiami interaktywna farsa, swoją formułą nawiązująca nieco do uwielbianych przez publiczność Szalonych nożyczek Paula Pörtnera. Aktorzy animują publiczność, okraszając swoją narrację gagami dotyczącymi współczesności, a przede wszystkim – współczesnej Polski, dzięki tłumaczce.
Hubertus, pan w średnim wieku z pokaźnym brzuszkiem, zjeżdża pół Europy, by znaleźć swojego prawnika – pragnie natychmiastowego rozwodu z żoną. Jest zmuszony zatrzymać się w miasteczku San Miguel z powodu awarii samochodu (z którą dzielnie zmaga się mechanik Antonio, czyli widz-ochotnik). Właściciel pensjonatu, Juan, oferuje przybyszowi pokój z jednym materacem. Miejsce noclegu kojarzy się bardziej z azylem dla kochanków aniżeli z solidnym wypoczynkiem. Na domiar złego Juan kwateruje w tym samym pokoju młodą, ponętną, choć naiwną Nelli.
Tytułowy „cud andaluzyjski” dotyczy, jak to w dobrych farsach bywa, gry z damsko-męskimi stereotypami. Na skutek działania niewyjaśnionej siły, Nelli i Hubertus… zamieniają się ciałami (poinformowany o „cudzie” papież pyta, „jak czuje się człowiek, który ma 3,8 promila we krwi”). Szalony mechanizm qui pro quo rozkręca się jednak wtedy, gdy do pensjonatu przyjeżdżają partnerzy protagonistów – Róża i Benny.
Jednak Cud andaluzyjski to nie tylko seria gagów i zabiegów mających na celu maksymalne zaangażowanie publiczności. To również sceniczna refleksja dotykająca różnych aspektów miłości. Hubertus pragnie rozwodu, ale po rozmowie z żoną (będąc uwięzionym w ciele Nelli) przekonuje się, że pozornie wygasły płomień można rozniecić na nowo. Z kolei szalone uczucie łączące przedstawicieli młodszej generacji szybko stygnie. Jak mówi jeden z bohaterów: „Odkryliśmy na nowo, czym jest miłość. I to jest prawdziwy cud”.
Jedni znają go jako Panterę. Inni – jako importera najlepszych włoskich pantofli. Jego żona Różyczka uważa go jednak za pantoflarza, który bez wahania spełni jej absurdalne zachcianki. Problem w tym, że Hasso od jakiegoś czasu jest zwykłym bankrutem; zarabia na życie reklamując udka z grilla w stroju kurczaka nieopodal hipermarketu.
Odmianę losu może przynieść pojawienie się mafiozo Luigiego. Na skutek zbiegu okoliczności Hasso zostaje wzięty za płatnego zabójcę współpracującego z sycylijską „familią” - dostaje zlecenie na zlikwidowanie niejakiego Mamuta. Miliony za głowę gangstera kuszą, a prawo omerty zobowiązuje do milczenia. Dlatego Hasso, pomylony z niejakim „Panterą”, planuje mord do spółki z kumplem, maminsynkiem Rudim. Ale, jak to w życiu bywa, łatwiej powiedzieć niż zrobić; niezdarni panowie nie potrafią wydostać się z ciasnych kombinezonów kurczaka, a co dopiero pozbawić kogoś życia, nie zostawiając przy tym śladów. Spirala qui pro quo nakręca się; w progu mieszkania staje dekorator wnętrz, Milan, który zamiast brown sugar może zaproponować jedynie różne odcienie brązowej farby.
Leitmotiv stanowi piosenka Volare Domenico Medugno, przetłumaczona niegdyś przez Wojciecha Młynarskiego i śpiewana przez Marylę Rodowicz. Skojarzenia związane z włoską kulturą stanowią zresztą osnowę farsy, choć najwięcej uwagi poświęca się mafii; autorzy nawiązują do m.in. Ojca chrzestnego… W finale okazuje się, że nie taki gangster straszny, jak go malują. Luigi rozkleja się na wspomnienie swojej mammy.
Szalone poczucie humoru, serie pomyłek, zderzenie dwóch światów: iluzji dawnej zamożności, wielkopańskich ciągot Różyczki z o wiele mniej reprezentacyjną (choć nie mniej barwną!) rzeczywistością składa się na sztukę, która ma szansę zawładnąć polskimi teatrami. Volare!